Trafiłem do Gruzji w 2006 roku. Przeznaczenie? Chyba tak...
Ujrzałem kraj, gdzie skały mówią szeptem świętych, a wino dojrzewa jak ikony w cerkwiach ukrytych w górach. W Mcchecie poczułem bicie serca wieków. W skalnych miastach odkrywałem modlitwy wyryte w kamieniu. W Tbilisi szukałem światła między kamieniami, a w oczach ludzi odnajdywałem ślady dawnej dumy i gościnności.
Po napaści Rosji na Gruzję w 2008 roku nawiązałem współpracę z metropolitą Nikozi i Tschinvali Izajaszem - wyjątkowym człowiekiem, filmowcem i malarzem, którego klasztor i pałac biskupi został zbombardowany przez rosyjskie samoloty. Rok później stworzyliśmy Międzynarodowy Festiwal Animacji.
Za każdym razem po powrocie z Gruzji moje obrazy pachniały winem, dymem kadzideł, i wiatrem znad Kazbeku.
Wkrótce znów wyruszałem, bo Gruzja stała się moją inspiracją. Miłością, którą się maluje, a nie mówi. Szukałem miejsca dla swojego serca - i znalazłem je u stóp Kaukazu.
Choć moje obrazy nie przedstawiają gruzińskich krajobrazów, to Gruzja żyje w każdym z nich - jak nuta, której się nie słyszy, ale czuje.
Gruzja jest dla mnie nie miejscem, lecz stanem ducha. Nie opowiadam o niej pędzlem, bo wiem, że największe miłości nosi się w milczeniu. Jest moją ziemią świętą, choć niekoniecznie widoczną.
Gdy ktoś mnie pyta, dlaczego nie maluję Gruzji, mówię:
Bo Gruzja to nie temat. To źródło.